Przeciwko współczesnemu mikroświatu

Jest jedno słowo powtarzane w setkach wiadomości na dziesiątkach list i forów dyskusyjnych. Jedna rzecz, wspominana w bliżej nieznanej liczbie koleżeńskich rozmów na komunikatorach.  A imieniem bestii jest – Kryzys.

Każdemu, kto działa w państwach internetowych i ma zmysły w stanie nadającym się do użytku, z obserwacji otoczenia musi nasuwać się prosta konkluzja – Mikroświat obumiera. Co jasne, w ścisłej zależności od koniunktury i warunków miejscowych, wspomniany Kryzys występuje w różnym nasileniu w poszczególnych państwach i innych grupach społecznych. Jedne z nich obumarły zupełnie, dzieląc z wolna los sławetnego Cesarstwa Leblandii i jego sojuszników, inne mają z czego chudnąć i póki co funkcjonują mniej lub bardziej sprawnie, a jeszcze inne posiadają zasoby ludzkie arcypatriotów, którzy mimo małej liczebności godnie stawiają czoła brakowi przypływu świeżej krwi. Obumarcie nie jest też równomierne czasowo – w pojedynczych społecznościach występują skoki aktywności, czasem nawet zmiany demograficzne na stałe i na lepsze; jednak nigdy wzrost nie wygląda tak, jakbyśmy chcieli, czasem przypomina raczej przypadek chorego, któremu poprawia się przed śmiercią. Jednak wśród większości obserwatorów, także zupełnie poślednich zdolności, istnieje zgoda co do rzeczywistego istnienia Kryzysu, szczególnie iż dziś tempo depopulacji państw wirtualnych jest wprost zatrważające.

Wielu mikronacjonalistów biadoli o nieuchronnym i bliskim końcu, nie zauważając jakby, że skoro jest jeszcze komu narzekać, tośmy do bram ostateczności wciąż nie dobili. Tyle jest w tej działalności dobra, co i zła – znana jest przecież powszechnie postawa zaklinaczy rzeczywistości (w osobach władz np. leblandzkich), którzy do końca udawali przed samymi sobą, że problem nie istnieje; słabość państwa była tematem tabu dla leblandzkiej propagandy, która nadal godnie wypinając pierś twierdzi, że jest „największym polskim państwem wirtualnym”. Tego chorego stanu umysłu powtarzać nie można. Z drugiej strony, zachowanie siewców defetyzmu bywa szkodliwe, kiedy niszczy wiarę w możliwość innego obrotu spraw. To tak, jak z krytyką, która nie jest konstruktywna – takoż diagnoza bez recepty ma ograniczoną wartość poznawczą. Co więcej, naga diagnoza bez podania przyczyn schorzenia, w praktyce nie przydaje się na nic.

W paru ciekawych przemyśleniach, wśród których najbardziej interesujące przyniosły nam pisma dreamlandzkie, wandejskie, sarmackie oraz  wydawany w Mikrosławii „SOKN”, od miesięcy (chodzi o lata 2009-2010) zadawane wciąż jest pytanie, co jest powodem Wielkiego Kryzysu Mikroświata i co należy zrobić, by z niego wyjść.

 Na przykładzie artykułu z 2006 r. w Gazecie Furlandzkiej, dostępnego na jej stronie głównej – „Polskie mikronacje – od zera do bohatera”, oraz trafnych spostrzeżeń i przemyśleń Autora, widzimy, że pewne istotne wady Mikroświat posiadał już dawno temu. Geneza dzisiejszego kryzysu sięga właśnie tego czasu, lub nawet wcześniejszego – dalej bowiem nie sięga ani moja pomięć, ani opis zawarty w artykule, toteż trudno tu ustalić ścisłą chronologię. Jednak raczej nie ona jest tu ważna, tylko o istota samego problemu.

Znanym i lubianym jest stwierdzenie, że „ryba psuje się od głowy” – ma ono też swoje racje w przypadku społeczności zhierarchizowanych, jak np. Księstwo Sarmacji, lecz to już inna opowieść. Myślę osobiście, że można iść dalej i powiedzieć, że „człowiek psuje się od duszy” i to samo stosuje się do społeczności ludzkich. W upadającej cywilizacji  rozkład postępuje najpierw w sferach „wyższych” i „głębszych”, by potem objąć rzeczy materialne i dać znać światu wierzchnimi symptomami przegnicia wnętrza.

Co więc jest źródłem upadku dzisiejszego Mikroświata? Stanowi je zmierzch ideowości. Dotyka on każdej praktycznie gałęzi myśli mających wpływ na kształt mikronautyki. Gangrena braku pasji, inspiracji i poczucia misji, a nawet świadome i programowe tępienie „izmów” sięga dalej, niż to zauważa Luindorczyk/Erbokańczyk, autor wyżej wspomnianego artykułu, choć problem przez niego zasygnalizowany faktycznie stanowi jeden z bardziej znaczących. Nie chodzi tu bowiem tylko o partykularne „idee założycielskie” poszczególnych państw, czy o kilka daleko idących wypaczeń samego mikronacjonalizmu jako takiego, ale o kryzys nawet daleko głębszy.

 Fin de siecle

 Internet od czasu powstania pierwszej polskiej mikronacji zmienił się nie do poznania. Sieć pierwotnie łącząca placówki naukowe, służąca wymianie informacji i wiedzy, otworzyła dla ludzkiej twórczości nowe możliwości. Zaczęło się od ludzkiej wyobraźni, która pozwoliła władzom Kingdom of Talossa umieścić swoje państwo w sieci. Po latach jednak koniunktura się zmieniła, technologie poszły do przodu, a internauci znaleźli dla siebie szybsze, łatwiejsze i wymagające mniej refleksji – a więc dla zwykłego człowieka, który skutecznie został oduczony myślenia, przyjemniejsze – sposoby rozrywki.

Wszystkie znaki na niebie i Ziemi, obserwacja zarówno naszego niszowego środowiska, jak też morza ogółu sieci, zgodnie wskazują, że cykl Mikroświata jako produktu rozrywkowego, zakończył się i oto właśnie przyczyna naszego postępującego upadku. Nie jesteśmy już tak atrakcyjni, jak to było w przeszłości kiedy pisywały o nas takie pisma, jak „CD Action”. Dziś przeciętny internauta, szukając – jak zwykle – prostej i szybkiej zabawy, a mając do wyboru z jednej strony systemy wojskowych i gospodarczych rozgrywek strategicznych prowadzone przez profesjonalne firmy i często darmowe, a z drugiej mikronacje z prymitywnymi systemami gospodarczymi lub zgoła nie posiadającymi owych w ogóle – z pewnością zapisze się tam, gdzie oferuje mu się usługę lepszej jakości. Nie ma złudzeń co do tego, że kartka papieru i wyobraźnia w przypadku przeciętnego człowieka nie wygra z rozwiniętą grą, tak też jest na naszej płaszczyźnie.

Rozwój techniki przyniósł człowiekowi wiele błogosławieństw, ale nieprawidłowo wykorzystywany obraca się przeciw niemu, kiedy powodując wzrost lenistwa umysłowego, a także fizycznego, obniża progi wymogów niezbędnych do przeżycia i sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Pewne umiejętności, takie jak samodzielne myślenie i refleksja, stają się zbędne, a Internet zalewają hordy idiotów i hedonistów.

Należy wylać kubeł zimnej wody na głowy tych, którzy ratunku dla Mikroświata upatrują w przyciąganiu obywateli za pomocą nowych, rozwiniętych systemów gospodarczych. Stanowczo – nie tędy droga. Po pierwsze lata doświadczeń, jak też zwykłe logiczne rozumowanie wykazują, że mała grupka informatyków o chęciach i zapale zmiennym w czasie, nigdy nie zdoła dotrzymać kroku w wyścigu technologicznym profesjonalnym firmom informatycznym, zajmującym się prowadzeniem takich miejsc, jak „Republika Wirtualnego Świata”. Po drugie – nie jestem do końca przekonany, czy aby na pewno poszukujemy akurat takiego gatunku internautów, którzy zostaliby przyciągnięci wyłącznie efektownymi możliwościami nowych „Syriuszy” czy „Centurionów”. Czy rzeczywiście na gwałt potrzebne są nam rzesze „graczy systemowych”, społecznie martwych dusz? Czy ci ludzie faktycznie przyczyniliby się do ożywienia naszego życia politycznego i kulturalnego, czy też zniszczyliby je jak barbarzyńcy nie rozumiejący tworów wyższej cywilizacji? Dziś szczycimy się wysokim poziomem intelektualnym większości nacji, wypadającym zdecydowanie na naszą korzyść w porównaniu do środowisk Ogame, Erepublik czy RWŚ, jednak po nastawieniu się na promocję wśród właśnie tego typu ludzi, poziomy szybko wyrównałyby się jak w naczyniach połączonych – a nasze środowisko doznałoby „fin de siecle” w takim właśnie nasileniu i stopniu, w jakim widział współczesną sztukę świata rzeczywistego młody Beksiński w swoim ostatnim felietonie.

Formuła Mikroświata wyłącznie jako sposobu rozrywki wyczerpała się i nie ma możliwości opierania o jej rozwój planu naprawczego, a przynajmniej nie w większej skali niż jednak pewne istniejące zapotrzebowanie na państwa-happeningi w rodzaju Biednej Republiki Ciprofloksji. Tym samym mikronautyka nie umrze wraz ze zmierzchem swojej atrakcyjności oraz końcem cyklu i przeżytkiem państwa wirtualnego jako produktu rozrywki tylko, jeśli potraktujemy ją jako coś ponad zabawę i zadamy sobie pytanie: po co i dlaczego powstał Mikroświat? czemu w ogóle ma służyć nasza działalność? jaki jest sens jej podejmowania z perspektywy tych, którzy mieliby do nas dołączyć? Musimy zdać sobie sprawę, że na horyzoncie widoczny jest kraniec pewnej epoki i że stoimy w przededniu albo zagłady, albo reorientacji sposobu myślenia, jeśli chcemy przetrwać w nowych warunkach.

 Raison d’etre

Gdybym na tej wyspie

Był plantatorem, –

 A gdybym był na niej królem, cóżbym wtedy zrobił?

 Wszystkobym w mojej rzeczypospolitej

Opak urządził…

Wilhelm Szekspir,

„Burza”, Akt II, scena I

(oprac. Andrzej Tretiak)

Poruszamy się warunkach znacząco odmiennych od warunków świata realnego; warto scharakteryzować te, które panują w Internecie – przyczyni się to do zrozumienia problemu.

Ktoś niegdyś powiedział, że bardziej niż chat (jedna tylko z form i gałęzi Sieci) zrównuje tylko śmierć. W Internecie jesteśmy zbiorem liter na ekranie. Barier dla ukazania się, za pomocą wypowiedzi i innych form twórczości, samego naszego umysłu, nie stanowią fizyczne lub cielesne przeszkody, takie jak wygląd albo pozycja społeczna. Czyż nie przypomina to emanacji, wypłynięcia na wierzch czystej duszy człowieka? Oczywiście te sprawy, jak niemal każde inne, także można wypaczyć, wszak na przykład łatwiej jest kłamać, kiedy nie widzą, czy mrugasz. Nie jest to jednak przedmiotem moich rozważań, wolę analizować jak być powinno, tudzież jakie są szanse i jak można je wykorzystać w dobrej wierze. Wobec powyższego, Sieć jest to miejsce, gdzie prymat ducha nad materią może zapanować niepodzielnie, a doniosłość znaczenia idei stanowiących o istnieniu Mikroświata, uwidacznia się na tym tle szczególnie.

W pamięci dyskowe, systemy informatyczne, systemy prawne i polityczne, formacje kulturowe (wymienione w kolejności hierarchii coraz mniej materialnej, a coraz bardziej będącej czystymi wytworami umysłu, tudzież duszy), tchnąć trzeba ducha Idei i uświadomić trzeba sobie sens ich istnienia, jeśli chcemy reanimować Mikroświat. Ideowość jest rzeczą bardzo nieuchwytną i ulotną. Próba jej charakterystyki zapewne zawsze będzie subiektywna.

Co można powiedzieć o idei Mikroświata? Co się na nią składa?

Na czoło z pewnością wysuwa się sam „mikronacjonalizm”, budujący państwa internetowe jako takie, nadający mu formę i zapoczątkowujący ich byt. Jego zmorą jest jego dekadencja, objawiająca się w „postmikronacjonalizmie” i dwóch jego podstawowych formach, których rozwój zależy od lokalnej mentalności i uwarunkowań psychicznych, kulturowych, a także w szeregu patologii wypaczających jego pierwotny kształt, mających swoje źródła w poronionych próbach przeciwdziałaniu kryzysowi i dostosowania się do atrakcyjności popularnych i „rozwojowych” gałęzi sieci.

Obok mikronacjonalizmu mamy inne ciekawe „wytwory umysłu” –  idee tworzące poszczególne państwa, ich lokalny klimat i koloryt. Na tożsamość, dziedzictwo i tradycję danego państwa wirtualnego, składają się dwa systemy, oba niematerialne. Pierwszym jest ustrój polityczny, a drugim – kultura. Dysputować można nad tym, który element jest ważniejszy oraz nad ich wzajemnymi powiązaniami, to jednak nie ma większego znaczenia dla problemów czasów współczesnych.

Drogą budowy doktryny nowego uniwersum nie może być pisanina dogmatów i literalne pojmowanie wersetów jakiegoś nowo stworzonego Talmudu – bowiem jednym z najistotniejszych warunków zaistnienia twórczości i kreacji… jest wolność. Wolność idei i myśli, bo dla nich nie ma ograniczeń ciała – bariery mogą wystąpić tylko w naszej wyobraźni. Każde odgórne narzucanie ram, mogłoby znaleźć koniec podobny, jak sygnowanie paktu leblandzkiego. Różne typy ludzkie mają odmienne wizje świata – choć w umyśle ludzkim jest głęboko zakorzeniony archetyp „złotego wieku”, „dobrego króla” czy etosu rycerskiego, niektórzy widzą sprawę inaczej, a rzeczywistością idealną jest dla nich utopia wykoncypowana przez umysł intelektualisty-ideologa, jakich było w naszej historii (szczególnie XIX i XX wieku) wielu.

Postulat antydogmatyzmu nie jest jednak równy poparcia dla „wolnej amerykanki”, gdyż mikronacjonalizm ma swoje granice, a także dręczące go patologie.

Wśród dekadencji i rozkładu na czoło wysuwa się wyżej wspomniany postmikronacjonalizm. Warto się mu przyjrzeć, zwłaszcza, że teoretycznie najłatwiej jest właśnie z nim zerwać i od tej strony zacząć naprawiać mikroświat. Są tacy, którzy zapomnieli czym jest Mikroświat i czym się powinien charakteryzować.

Niektórzy zgubili, pośród starczego i śniętego, obcego zupełnie naszej wolnościowej cywilizacji łacińskiej,  proceduralizmu i biurokratyzmu, które to są chorobą śmiertelną, klasycznym przykładem zmierzchu i dekadencji, całkowitego zaprzeczenia zabawie – zgubili gdzieś myśl przewodnią. Jeśli pozwolimy temu nie-duchowemu, a dusznemu procesowi zatriumfować, po pierwsze niczym nie będziemy się różnić od świata rzeczywistego („reala”) i stracimy atrakcyjność alternatywy i odskoczni, a po drugie zdusimy wszelką kreatywność w gąszczu nieludzkich przepisów, a to definitywnie zadecyduje o naszym końcu. Kajdany proceduralizmu i bałwochwalcze odnoszenie się do bezdusznego prawa, tchną materializmem w najgorszej postaci – summum ius summa iniuria. To próba ustanowienia opresyjnego, skostniałego systemu na tym poziomie naszej działalności, którym rządzić powinna wyobraźnia, kreatywność, pasja, myśl. Nadmiar ustaw kastruje.

„Czysty mikronacjonalizm” to sformułowanie robocze – załóżmy, że chodzi o „puryzm mikronacjonalistyczny” i przywiązanie do pierwotnych zasad. W najwyższym skrócie można powiedzieć, że w Mikroświecie obserwujemy różnorakie odchyły od pierwotnej idei mikronacji. Pewne państwa upodabniają się do portali społecznościowych, inne nieco do gier RPG, a mamy też yoyonacje – dzieła fali pokolenia dzieci Neostrady. O sprawie portalizacji pisał kiedyś „Morbhan Aralt”, jednak na jego łamach Michał O’Rhada piętnował raczej zakładanie kont mikronacji na serwisach takich jak Facebook, niż upodabnianie się witryny SAMEJ mikronacji do takiego portalu (funkcja znajomych w profilach itd.). Podobnie jako zagrożenie widzę brak zastosowania „pragmatyzmu antysystemowego” – nurtu który złączył drogę polityczną libertarian Krupińskiego i komunistów Winnickiego w epoce „rządu ludowego” w 2004 r. w Sarmacji, a który zakładał brak obowiązku posiadania konta w systemie gospodarczym państwa, a zatem też niewiązanie „śmierci” w systemie ze „śmiercią” w państwie. To powiązanie mierzi mnie szczególnie, ponieważ żywo przypomina mi zwykłą grę RPG.

Podobnie niedopuszczalne jest stosowanie punktacji „graczy” – „punkty prestiżu”, „punkty zadowolenia” – w systemie ekonomicznym państwa, ponieważ jeśli jest to faktycznie państwo, a nie gra, to „prestiż” (wynikający np. z posiadania kilku fabryk i grubego portfela) wytworzy się sam w zwykłym procesie społecznym, i nie trzeba go mechanicznie wytwarzać.

Poza tym, obserwując rozwój mikronacji w Polsce i na świecie, mogę też postawić tezę, że u źródeł mikronacjonalizmu leżało także odwoływanie się do „ancien regime”, monarchizmu, dawnego i antycznego świata królów i królestw – tak samo jak w naszym sektorze językowym pierwsze było Królestwo, tak w angielskim, portugalsko-brazylijskim i niemieckim. To nie jest przypadkowa analogia – w naturze ludzkiej leży nostalgia za „starymi, dobrymi czasami”, co widać w baśniach opowiadających niezwykle często o średniowieczu lub wczesnej nowożytności. Zatem twórca dokonując „aktu kreacji” (określenie Struszyńskiego) starał się uwić sobie w wirtualnej rzeczywistości świat, który jemu samemu wydawał się „lepszym światem”.

Niewątpliwie jest to tendencja leżąca u źródeł i dlatego jako pierwotna stanowi element „czystego” mikronacjonalizmu. Obok nie możemy wyróżnić kierunek „utopijny”, realizujący w alternatywnym uniwersum doktryny polityczne i społeczne, z których pierwszym nasuwającym się przykładem jest komunizm. Prawidłowym kierunkiem rozwoju oraz wyjścia z trawiącego nas Wielkiego Kryzysu jest powrót do źródeł, odrzucenie patologii i pokus skrętu w stronę odnoszących dziś sukcesy gier internetowych, a przede wszystkim wynalezienie dla państw wirtualnych własnego raison d’etre, to jest – powodu istnienia, racji bytu, kiedy cykl produktu rozrywki zakończył się. Środkiem dla osiągnięcia tego celu mogą być idee partykularne państw, o które chodziło Kaworu Nagisie (alias Nebuli Blue), którego notabene bodaj ostatnim dziełem była partia technokratyczna w Królestwie Scholandii.

Nie uważam również, by twierdzenie, że wytwórstwo formacji kulturowych może być nową formą sztuki nowoczesnej, było dalekie od prawdy. Kultury i kontrkultury alternatywnego uniwersum to prawdziwy raj dla atropologa. Przykład mojej ojczyzny może posłużyć tu jako zobrazowane realizacji postulowanego planu naprawy (tu należy przyznać, że na przeszkodzie stoją problemy techniczne, braki w kadrze informatycznej, jeśli chodzi o aktualny stan państwowości elderlandzkiej).

Markiz Jacques de Brolle z Dreamlandu skomentował niegdyś na forum Królestwa Elderlandu sytuację panującą w moim kraju w sposób następujący:

„Elderlandzka społeczność konsekwentnie buduje wizerunek Królestwa jako mikronacji sprofilowanej, na swój sposób hermetycznej, bo też obliczonej na dialog i współpracę z rozmówcą o określonych poglądach. Najlepszym – i nie pozbawionym elementów humorystycznych – tego przykładem niech będzie choćby marcowa wymiana zdań między JE Simonem McMelkorem a niejakim Martinusem von Lauenburg z Tyrencji. Wspominam o tym drobnym epizodzie nie bez kozery. Elderland w wizji wypracowanej przez hrabiego McMelkora i podtrzymywanej przez obecne władze Królestwa, to zdyscyplinowana i hierarchiczna monarchia stanowo-korporacyjna oparta na intelektualnym fundamencie społecznego nauczania św. Tomasza z Akwinu. W tym sensie Królestwo Elderlandu zgłasza aspiracje do miana zwartej wspólnoty samowychowaczej, która od swych członków wymaga czegoś więcej niż tylko regularnego klikania i meldowania się na potrzeby typowo mikronacyjnej ruchawki. Uczestnictwo w życiu publicznym staje się zarazem urzeczywistnieniem ideału antycznej paidei. Tym samym jest to projekt daleko wykraczający poza najbardziej rozpowszechniony model wspólnej zabawy – gorączkowej, absorbującej raczej ilością bodźców niż ich jakością, chaotycznej i cokolwiek naiwnej. Nie trzeba tu szerokich badań opinii publicznej, by tak zdefiniowany program uznać za produkt niestrawny dla wielu potencjalnych mieszkańców Królestwa.”

Miałem wówczas na naszym forum przyjemność odpowiedzieć:

Hermetyzm to cena, jaką trzeba zapłacić za ideowość i ścisłe sprofilowanie kulturowo-polityczne. Hermetyzm do kwadratu, można powiedzieć, zważywszy na fakt, że już same mikronacje jako takie, są niszowe. Paradoksalnie jednak właśnie to sprofilowanie jest też (przy okazji) przymiarką do promocji, w której możemy przedstawić się jako wyrazista społeczność, wręcz z formacją kontrkulturową. Nasza potencjalna i planowana promocja skierowana będzie do ściśle zdefiniowanej i raczej dość wąskiej (choć i wcale nie tak bardzo, jako może się wydawać) grupy (kręgi) społecznej, a nie do mas, a więc i być może odzew nie będzie liczny, jednak zarazem w ten sposób uda się pozyskać mniej, a „lepszych”, lojalniejszych i bardziej zainteresowanych v-patriotyzmem, nowych mikronautów. Nawiasem mówiąc – nie łudźmy się, odzew na promocję mikronacji NIGDY nie będzie liczny, co pokazała ostatnia sarmacka wielka akcja promocyjna na portalu Onet.pl. Dlatego uznaliśmy za zasadną kadrowość i elitarność, na pozyskanie wartościowych jednostek, niekoniecznie wielkich grup. To z zamierzenia triumf jakości nad ilością, Ducha nad materią.”

Dodatkowym wzmocnieniem sensu podejmowania naszej działalności z perspektywy tych, którzy mieliby do nas dołączyć, może być przedstawienie Mikroświata jako kuźni społeczeństwa obywatelskiego, które uczy obcowania z państwem i prawem oraz kierowania organizacjami w odpowiedniej mikroskali.Ostatecznie wszelkie podejmowane reorientacje powinny mieć na celu nowa promocję opartą o przekonanie potencjalnego imigranta o słuszności „raison d’etre” i oddziaływanie na niego za pomocą idei. Nie widzę dziś już innej możliwości pozyskania stałego i zaangażowanego obywatela z poczuciem misji pozwalającym na produktywną działalność o charakterze twórczym.

 listopad 2009 – sierpień 2010

* Tytuł eseju nawiązuje do sztandarowej pracy „Rivolta contro il mondo moderno”  włoskiego filozofa Juliusa barona Evoli.

Advertisements
Comments
6 komentarzy to “Przeciwko współczesnemu mikroświatu”
  1. franzjosef2 pisze:

    Interesujące, zwłaszcza konkluzja o hermetyzmie, z którą zgodzę się tylko częściowo. Dlaczego? Już wyjaśniam!

    Przypomniał mi się cytat z Lenina (o dziwo dość mądry): „Strzec tradycji – nie znaczy to bynajmniej ograniczać się tradycją.” I tak samo – jeżeli strzeżemy charakteru naszej mikronacji, tak jak Elderland strzeże swojej idei czy Austro-Węgry swojego klimatu i kultury, nie znaczy to, że musimy z góry zakładać pewne ograniczenia. Oczywiście, one nastąpią – to jest nieuniknione. Ale co innego, jeżeli mówimy „Mamy taki charakter, otwieramy się na wszystkich, choć wiemy, że nie wszystkim się musi podobać.” niż gdy oznajmiamy „Mamy swój charakter, który tej, tej i tej osobie na pewno się nie spodoba i dlatego nie warto o nie zabiegać.”

    Wszelki klimat, charakter winien być obecny zawsze, gdy znajdujemy się w danej mikronacji – nie może być jałowości. Wchodząc na stronę Elderlandu, choć jest świetnie skonstruowana, nie jestem w stanie wyczuć, że Królestwo „zdyscyplinowana i hierarchiczna monarchia stanowo-korporacyjna oparta na intelektualnym fundamencie społecznego nauczania św. Tomasza z Akwinu.”

    A więc – skąd nowa osoba ma to wiedzieć? Tak samo – gdyby Austro-Węgry skonstruowały sobie stronę, na której pokazywalibyśmy najnowocześniejsze budowle z dzisiejszej Austrii czy Węgier – skąd ktoś ma poczuć ten klimat?

    Nie przeczę, że wyrażona tu idea jest ciekawa – ale czasami sposób jej przedstawiania może odstraszyć także te osoby, które byłyby nią potencjalnie zainteresowane.

    Oczywiście – sens istnienia Elderlandu czy Dreamlandu jest zupełnie inny niż Austro-Węgier – my dajemy możliwość zasmakowania w tamtych czasach i realizowania się w nich. Elderland stawia na specyficzną strukturę społeczną państwa, Dreamland zaś – jako mikronacja starszej generacji – nie powstawał w jakimś nurcie ideowym czy kulturowym.

    Od czasu państw catch-allowych możnaby pokusić się o wyodrębnienie trzech nurtów mikronacji – ideowy, kulturowy i – niestety – jałowy, do którego zaliczyć należy yoyonacje. Chyba najbardziej spektakularny spór między dwoma pierwszymi można było zaobserwować w Wandystanie – nigdy nie było bowiem wiadomo, czy Wandystan ma być realizacją jakiejś idei czy może raczej pewnej kultury państw dawnego bloku wschodniego.

    Niemniej – czekam na dalsze teksty, interesująco się je czyta :-).

  2. Jacques de Brolle pisze:

    Mam poważne wątpliwości co do tego, czy dzisiaj można mówić jeszcze o państwach „catch-allowych” – na pierwszy rzut oka takimi państwami są dziś Sarmacja i Trizondal, ale to tylko fasada. Klimat polityczny, preferencje ideowe decydentów (w obu przypadkach bardzo jasno określone), publiczne wypowiedzi, specyfika kultury prawnej, zakres materii regulowanej ustawami, itd,, itd. udzielają nam dość jednoznacznych wskazówek na temat dominującego profilu ideowego.Tak się zresztą akurat składa, że zarówno JKM Piotr II Grzegorz, jak i JKM Marcin I jasno określili swoje stanowiska, więc sprawa jest ułatwiona.

    Mam również wątpliwości co do sensowności rozróżnienia na nurt ideowy i kulturowy. Żadna kultura nie jest do pomyślenia bez fundujących ją idei, choćby obecnych w sposób mało uchwytny dla jej uczestników. Przykład pierwszy z brzegu. Kultura polityczna współczesnej Francji ufundowana jest na nowożytnym, laickim republikanizmie. Współczesny Francuz wysysa to z mlekiem matki. W jakim jest jednak stopniu świadomy, że nie chodzi tu o przejaw ciągłości tradycji politycznych dawnych Galów, Franków czy nowożytnych Francuzów, ale wyraz idei, która w sposób sztuczny została im zaserwowana po 1789 r. przez czytelników Rousseau, Woltera i spółki? W przypadku wandejskim nie chodziłoby zatem o pytanie: idea czy kultura?, lecz raczej: idea czy estetyka? Treść czy forma? Oryginał czy pastisz? Marksizm czy tylko retoryka marksistowska? I tak dalej.

    W tym kontekście miałbym problem z jednoznacznym zdefiniowaniem kultury politycznej Monarchii Austro-Węgierskiej. Jest pewna narracja historyczna, są pewne rekwizyty z kultury materialnej dawnych Austro-Węgier, jest trochę z ducha Musila, trochę ze Szwejka, jest kostium z epoki, są niemieckie i węgierskie nazwiska. Jaka jest jednak idea regulatywna Monarchii? Profil ideowy? Wektor polityczny Dworu Cesarskiego? System polityczny MAW mógłby zostać z powodzeniem przeniesiony do dowolnej dualistycznie zorganizowanej (w sensie terytorialno-ustrojowym) mikronacji. Nie wyraża bowiem ducha żadnej z rozpoznawalnych ideologii czy doktryn polityczno-prawnych. Czy JCKM Franciszek Józef II, wywodzący swoje wirtualne korzenie od Habsburgów Lotaryńskich, jest tradycjonalistą, katolikiem, ultramontaninem? Czy może raczej odgrywa pewną rolę, zgodnie z duchem RPG, prywatnie sympatyzując z programem biegunowo przeciwstawnym, na potrzeby zaś swego mikronacyjnego wcielenia przyjmując postawę neutralną, centrystyczną? To naturalnie nie jest zarzut – w minionych latach de facto uczyniliśmy z zasady neutralności punkt ciężkości dreamlandzkiej kultury politycznej. Zakładam, że w przypadku Dreamlandu owa neutralność wynika z szeroko aprobowanej idei liberalizmu.

    Elderland to chyba najciekawszy przypadek. Jedno z nielicznych w polskiej sieci państw ideowo sprofilowanych – „zaprogramowane” przez jej ideologa na realizację określonego modelu ustrojowego i wynikających z niego implikacji społeczno-gospodarczych (korporacjonizm). Gdy powstawał powyższy tekst, nie istniała jeszcze dzisiejsza witryna Elderlandu. To zresztą wciąż plac budowy. Skąd zatem nowy obywatel ma wiedzieć, z czym ma do czynienia w Królestwie? Z forum dyskusyjnego, na którym korporacjonizm i monarchia stanowa to dwa najczęściej pojawiające się terminy we wszystkich dyskusjach programowych. Konserwatywne – tradycjonalistyczne i konserwatywne – poglądy jej ideologów i głównych decydentów to również fakt, który odgrywa ogromne znaczenie. Dopełnieniem jest pozostające dziś w uśpieniu Towarzystwo Tomistyczne.

    Rozumiem postawę Simona McMelkora, który deklaruje hermetyzm i selektywne podejście do nowych obywateli. Mamy tu chyba do czynienia z projektem obliczonym na określoną grupę docelową, w polskim mikroświecie liczącą nie więcej niż kilkanaście osób. W tym sensie Elderlandczycy nie zarzucą czapkami Sarmatów czy Rajńczyków, ale też nie mają takich ambicji. To jednak wciąż produktu półgotowy, w trakcie transformacji. Nie mam jednak wątpliwości, że socjaldemokrata – podobnie jak polityczny liberał, libertarianin czy anarchokapitalista – czułby się w takim Elderlandzie, jakim go sobie wymarzył redaktor McMelkor, po prostu nieswojo.

  3. franzjosef2 pisze:

    Interesująca odpowiedź, nie powiem :-).

    A więc – po kolei – myślę, że jednak coś z państw „catch-allowych” zostało, bo na pewno w fazie „zapoznania” z mikroświatem jest tego wiele. Wątpię, żeby w Sarmacji czy Trizondalu nowe osoby zapoznawały się od razu z klimatem politycznym czy preferencjami ideowymi albo kulturą prawną. Jeżeli gdzieś się przychodzi, to dlatego, że pierwsze wrażenie jest w stylu „O, jest tu dla mnie miejsce, odnajdę się”. I wtedy ta nowa osoba współtworzy cały nurt swojej mikronacji. Oczywiście ma Ekscelencja rację – w okresie późniejszym może stwierdzić, że mikronacja, jaką wybrał, jest mu zupełnie odległa i wybiera inną. Ale jeżeli mówimy o fazie początkowej – to jednak istnieją państwa „catch-allowe”.

    Jeżeli zaś chodzi o ideę i kulturę – sądzę, jednak, że nie można stawiać ich w porównaniu do oryginału i pastiszu, bo te dwa nurty są raczej na równi, nie możemy jednego uplasować wyżej. A co do Austro-Węgier – nie widzę potrzeby definiowania naszej idei. I to jest właśnie chyba różnica. W nurcie ideowym stawiamy na konkretną ideę, a do niej sama buduje się kultura, a w nurcie kulturowym – określamy sobie konkretną (np. austro-węgierską) kulturę, a idea, jaka w niej powstanie, jest dla nas mniej istotna.

    A ja sam, cóż… nie, nie jestem szczególnie wierzącym katolikiem, ale nie muszę być – bo przypomnę, że Wiedeń już około połowy XIX wieku zerwał konkordat z Watykanem, a ówczesny cesarz nie oponował zbyt mocno, a przynajmniej nic nie ma o tym w biografiach ani w „Historii Austrii” Wereszyckiego. Mogę zdradzić jednak, że w świecie realnym uważam traktaty w Wersalu, Saint-Germain-en-Laye i Trianon za arcyzłodziejstwo. Za dużo by się tu jednak doszukiwać idei, zwłaszcza że podstawowym moim zadaniem, oczywiście niepisanym, jest dbałość o klimat i charakter Austro-Węgier. Nie da się temu przypisać jednej idei, bo jej po prostu nie będzie. W Austrii jestem zwolennikiem troszeczkę silniejszych rządów monarszych, federalizacji państwa, wielokulturowości i tolerancji wraz z rodzeniem się nacjonalizmów. Na Węgrzech zaś rządy królewskie są słabsze, ale za to mocno wspieram politykę madziaryzacyjną, a więc na przykład moim pomysłem było określenie wszystkich obywateli węgierskich jako Narodu Węgierskiego.

    Jeżeli doszukiwać się idei – cóż, dopasować można do tego wiele różnych idei, ale na pewno nie jesteśmy z żadną związani tak jak np. Elderland ze swoją koncepcją. A mimo to – i tu Ekscelencji dziękuję za przypomnienie mi o tym, choćby i nieświadome – wytworzyliśmy na bazie swojej kultury własną, raczkującą ideę donaueryzmu, czyli takiego naszego „austro-węgierskiego nacjonalizmu” czy też szowinizmu.

    Nie będę jednak zaprzeczał, że po ponad 6 latach istnienia można nam przypisać istniejące już wcześniej koncepcje – na pewno znajdzie się miejsce dla monarchizmu, dla wielu nacjonalizmów, dla konserwatyzmu, dla militaryzmu etc.

    I znów przypomnę istniejącą – moim zdaniem – różnicę między dwoma nurtami – nurt kulturowy, reprezentowany pewnie i przez nas, tworzy kulturę (czy też – jak wspomniał Ekscelencja – estetykę) jako najważniejszą część składową, a dopiero do tej kultur potem dochodzą różne idee. Nurt ideowy, reprezentowany zapewne przez Elderland, też zapewne ma lub będzie miał przypisaną sobie kulturę, uzupełniającą elderlandzkie koncepcje i pomysły.

    Myślę, że te dwa nurty nie muszą się zwalczać i nie musi być tak, że idea jest treścią, a kultura formą – przeciwnie, obydwa są treścią, która może być podana w mniej lub bardziej atrakcyjnej formie. Zarówno idea, jak i kultura jest na dłuższą metę potrzebna – bez idei będzie się pustym, a bez kultury nudnym. I tak samo, jak kultura może stać się ideą, tak samo idea może wytworzyć kulturę.

    Przykłady? Cóż, choćby ten, że kultura chrześcijańska zaczęła tworzyć swoje idee, tak samo jak np. kultura grecka. A w drugą stronę? Oczywiście – choćby idee rewolucji francuskiej czy październikowej, wytwarzające wokół siebie całą kulturę (począwszy od sposobu zwracania się, poprzez nową estetykę, aż po zmiany w używanych kalendarzach).

  4. Roger d'Artois, Elderland pisze:

    Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł mojego rodaka Simona McMelkora. Autor daje w nim raczej syntezę niż analizę istniejącego stanu rzeczy. I słusznie! Różne próby analiz były podejmowane dużo wcześniej i to z nikłym odzewem – co najwyżej najbardziej świadomi mikronacjonaliści ustosunkowywali się do tych hermetycznie dość usytuowanych ostrzeżeń. Pozostali, co z pokorą wyznaję, do których i ja się zaliczam ograniczeni do swojego zaścianka ani myśleli martwić się na zapas. Co najwyżej z przykrością i niedowierzaniem obserwowali swoje zamierające fora i próbowali przeciwstawić się wspomnianej przez autora „bestii” na swój sposób. Nie będę się zatem wypowiadał i ja na temat przyczyn, bo byłoby to jałowe mieszanie herbaty w nadziei, że stanie się słodsza. Wprawdzie autor nie przedstawia panoramy upadłych tworów państwowości wirtualnej, ale intuicyjnie czujemy, że szczerze zatroskany stanem faktycznym pisze to, co bardziej dociekliwy czytelnik znajdzie, zapewne z jakim, takim trudem sam. Nie zmienia to faktu, że możnaby dla mniej zorientowanych w całości zagadnienia (do których i piszący te słowa sam się zaliczył) podać choćby w przypisie, choćby skróconą listę.

    Co do wymienionego w tekście jawnie Cesarstwa Leblandii, szokują dwie sprawy. Przede wszystkim wielkość zgromadzonego materiału z dziedzin wszelakich, jak i wielkie materii pomieszanie tj. wirtualiów z realiami, co widać choćby w galeriach sztuki jak i na mapach – z punktu widzenia współczesnego mikronacjonała rzecz nie do przyjęcia, aby w granicach realnie istniejącej rzeczywistości osadzić coś co istnieje tylko w świecie równoległym (tj. wybraźni) i przynależy tylko do niego. Ponadto, sprawa druga, uderza w obserwatora tej aktywności (aktywności?!) kaliber, skala przedstawianej rzeczywistości (wirtualnej, rzecz jasna!). Nasuwa to analogię do stanu rzeczy świata realnego, w którym nowożytny Rzym jest tak ogromny i potężny, że w dalszym ciągu nie zauważa, że już leci w otchłań i że nowe, przeogromne hordy barbarzyńców o starożytnym rodowodzie już ostrzą bardzo nowoczesne miecze, na których rozniosą niezadługo w proch i pył legiony tegoż Rzymu, a jego obywateli zamienią w niewolników nowego ładu światowego.

    Podobnie do „zarzutu” z pierwszego akapitu przydałby się jakiś indeks tytułów (i nr-ów!) prasy mikronacyjnej zajmującej się problematyką postępującego upadku mikroświata. Synteza autora wydaje mi się tu również za daleko posunięta, co nie zmienia faktu, że esej uważam za znakomitą próbę przybliżenia przeciętnemu uzytkownikowi sieci spraw związanych z tą kwestią. Wywołana „do tablicy” Gazeta Furlandzka jest jak widać w tekście sztandarowym przykładem pierwszych (?) konstatacji związanych z tym dla nas frapującym tematem.

    Diagnoza autora co do zasadniczej przyczyny nie pozostawia złudzeń, że walka o przywrócenie dawnego statusu społecznościom mikronacyjnym będzie ciężka. Tak jak ” ryba psuje się od głowy” człowiek, a więc jego wielowymiarowa osobowość, „…psuje się od duszy”. Teza, że „…źródłem upadku dzisiejszego Mikroświata? … [jest] zmierzch ideowości” w zasadzie nie podlega dyskusji. Cóż rzec więc na to? Tylko to, iż poszukiwań naszych następców powinniśmy szukać (i „wyławiać”) starannie. A gdzie? To już jest całkiem osobne zagadnienie!

    Druga teza autorska Simona McMelkora także nie podlega dyskusji, bo jest klarowna i jasna jak piorun w mroczną noc. „Wszystkie znaki na niebie i Ziemi, obserwacja zarówno naszego niszowego środowiska, jak też morza ogółu sieci, zgodnie wskazują, że cykl Mikroświata jako produktu rozrywkowego, zakończył się i oto właśnie przyczyna naszego postępującego upadku. Nie jesteśmy już tak atrakcyjni, jak to było w przeszłości kiedy pisywały o nas takie pisma, jak CD Action.” No właśnie, to symptomatyczne, tu autor przywołuje CD Action, które już podnieca się recenzjami drugiej odsłony „Wiedźmina” i „Diablo III”, czy mocno spóźnioną nową wersją kultowego „Duke’a Nukema”. O nas nieprędko napiszą!!! A Leblandczycy w podobnym miejscu spóźnionego samochwalstwa (czy raczej stosowniej napisać – samochwalenia się) powoują się na WPROST. A inni będą szczycili się Rzeczpospolitą. Owszem, ale nie w tym rzecz, że jako czysta rozrywka, zabawa w mikronacje nie przeskoczy gier stacjonarnych,a przede wszystkim sieciowych, ale w tym, że ta „zabawa” powoli staje się aktywnością zarówno niszową jak i elitarną. Tak! Podobnie jak wspóczesny (i nie tylko) teatr, i inne dziedziny sztuki scenicznej, to już nie rozrywka dla gawiedzi wszelakiej, zapraszanej biciem w rondle i inne gongi na rynku śródmiejskim. Musimy więc szukać tam, gdzie istnieje nadzieja na znalezienie ludzi o bardzo specyficznej „kompleksji” duchowej. Przyznam więc, że w tym kontekście myślowym nie zaskoczyła mnie zjadliwa konkluzja autora: „Rozwój techniki przyniósł człowiekowi wiele błogosławieństw, ale nieprawidłowo wykorzystywany obraca się przeciw niemu, kiedy powodując wzrost lenistwa umysłowego, a także fizycznego, obniża progi wymogów niezbędnych do przeżycia i sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Pewne umiejętności, takie jak samodzielne myślenie i refleksja, stają się zbędne, a Internet zalewają hordy idiotów i hedonistów.” Co więcej, całkowicie sie z nim zgadzam!

    Nie bedę dyskutował z pomniejszymi tezami artykułu dotyczacymi zasadności, czy nie używania systemów tzw. gospodarczych. Sprawa uzytkowników różnych „Travianów” też jest jasna i nie wymaga roztrząsania. Takich NA PEWNO nie przyciągniemy. To nie dla nich. Ale nie mam najmniejszego zamiaru ich za to potępiac czy w inny sposób szkalować. Po prostu tam są potrzebne inne cechy psychiczne, osobowościowe itp. ogólnie rzecz biorąc – bardziej refleksyjne. Ale zawołanie autora, że „Sieć jest to miejsce, gdzie prymat ducha nad materią może zapanować niepodzielnie…” jest tyleż efektowne, co niewiele w praktyce mówiące i dające. Jeśli nie mamy zamienić się w fanatyków jakiejś idei (cóż z tego, że całkowicie wirtualnej?), to musimy bardziej pragmatycznie wyszywac hasła na naszych sztandarach.

    Cóż rzec o postulowanej przez autora komentowanego przeze mnie tekstu ideowości. Każdy medal, nóż, kij i co tam jeszcze sobie kto dopowie ma dwie strony.I słusznie zauwaza tu autor: „Ideowość jest rzeczą bardzo nieuchwytną i ulotną. Próba jej charakterystyki zapewne zawsze będzie subiektywna.” Natomiast całkowicie podpisuję się „rękami i nogami” pod wyznaniem Simona McMelkora: „Drogą budowy doktryny nowego uniwersum nie może być pisanina dogmatów i literalne pojmowanie wersetów jakiegoś nowo stworzonego Talmudu – bowiem jednym z najistotniejszych warunków zaistnienia twórczości i kreacji… jest wolność. Wolność idei i myśli, bo dla nich nie ma ograniczeń ciała – bariery mogą wystąpić tylko w naszej wyobraźni. Każde odgórne narzucanie ram, mogłoby znaleźć koniec podobny, jak sygnowanie paktu leblandzkiego.” Zakładam, tu jako jako profan, że zawartość linku http://leblandia.republika.pl/pakt.htm starczy za wszelkie na ten temat tłumaczenia. Trz razy TAK! Jestem za!

    Wydaje mi się, że w tym krótkim tekście odniosłem się do najważniejszych konstatacji czy też diagnoz autora. O innych sprawach dotyczących tego eseju być może jeszcze napiszę później. Mam nadzieję, że drugi z autorów i redaktorów czasopisma wybaczy mi iz zaćząłem od rodaka. I w dodatku z niejakim opóźnieniem. Zabiorę sie do nich w następnej kolejności. Cóż, sfera myśli, refleksja może eksplodować natychmiast ale może też wzbierać jak woda przed tamą. W moim przypadku wobec niewiedzy na temat wielu problemów mikronacji polskich lepiej ważyc słowa, uzupelniac braki i tak pisać aby banałem i głupstwem nie obrazić autorów.

    • Wiedziony wspomnieniami i falami oceanu internetowego otworzyłem tę stronę nieco przez przypadek. Od archiwalnego numer Elderlandzkiej Gazety Powszechnej dopłynąłem do Nowego Średniowiecza i odszukałem swój jedyny chyba komentarz umieszczony w tym ambitnym przedsięwzięciu. Po ogólnej akceptacji (i to po tylu latach) znacząco większej części jego treści natknąłem się na fragment, którego sam będąc jego autorem nijak nie mogłem zrozumieć. Chodzi tu o akapit rozpoczynający się od słów „Nie będę dyskutował z pomniejszymi tezami artykułu…”, a kończącym się „…,to musimy bardziej pragmatycznie wyszywać hasła na naszych sztandarach.” Doszedłem więc do jedynie słusznego wniosku, że przez roztargnienie – myśląc o dwu (przynajmniej) zagadnieniach na raz – musiałem, akurat myśląc o zupełnie przeciwstawnym, odnieść się do bieżącego. Wynik – zdanie, które przeczy samo sobie!

      Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, sieć będzie przechowywać swoje dane nawet po końcu naszego świata, postanowiłem, chociaż po tylu latach, interweniować aby przywrócić przynajmniej podstawowy sens jednemu ze zdań mojego komentarza, ba – niewielkiego eseju niemal. Przytaczam ten akapit w całości, przy okazji wprowadzając drobny retusz (dotyczy usunięcia zbędnego, a krótkiego zwrotu). Usunięty fragment objęty tu jest nawiasami kwadratowymi „[]”, zaś tekst wstawiony nawiasami klamrowymi „{}”. To gwoli tzw. „transparentności” całego zabiegu.

      Akapit z poprawkami:
      „Nie będę dyskutował z pomniejszymi tezami artykułu dotyczącymi zasadności[, czy nie] używania systemów tzw. gospodarczych. Sprawa użytkowników różnych „Travianów” też jest jasna i nie wymaga roztrząsania. Takich NA PEWNO nie przyciągniemy. To nie dla nich. Ale nie mam najmniejszego zamiaru ich za to potępiać czy w inny sposób szkalować. Po prostu tam są potrzebne inne cechy psychiczne, osobowościowe itp. ogólnie rzecz biorąc – {z pewnością nie te} bardziej refleksyjne. Ale zawołanie autora, że „Sieć jest to miejsce, gdzie prymat ducha nad materią może zapanować niepodzielnie…” jest tyleż efektowne, co niewiele w praktyce mówiące i dające. Jeśli nie mamy zamienić się w fanatyków jakiejś idei (cóż z tego, że całkowicie wirtualnej?), to musimy bardziej pragmatycznie wyszywać hasła na naszych sztandarach.”

      Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą tę moją akcję uznać za grubo przesadną. W takim wypadku mogę usprawiedliwić się im, iż po prostu uległem czynności kompulsywnej.

  5. Sarmacja NIE JEST „zhierachizowania”.. raczej pana mokry sen i chciejstwo niż fakty. Pozdrawiam:
    http://www.sarmacja.org/index.php?p=herold,2433,4

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: